Rolnicy z Hollywood

Wrzesień to czas, kiedy rolnicy są już po żniwach. To czas, kiedy obchodzone jest ich święto –  święto plonów. Tegoroczne dożynki na koluszkowskiej ziemi miały charakter zarówno gminnych, jak i powiatowych. Po uroczystej Mszy Św. w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP korowód oficjeli, gości oraz wieńców dożynkowych niczym największych gwiazd filmowych przemaszerował do amfiteatru w parku miejskim. Tam rozpoczęła się część oficjalna oraz artystyczna tegorocznych dożynek.

Najpierw rozbłysnęła gwiazda naszego lokalnego szeryfa Waldemara Chałata. Przywitał on zgromadzonych gości i oficjalnie otworzył dożynki. Pochwałom pod adresem starosty nie było końca. Ale zaraz, chwileczkę. Przecież pan Bogdan, starosta dożynkowy, nie wybudował ,,opalówki”. To nie o nim jednak była mowa, a o staroście powiatu łódzkiego wschodniego Andrzeju Opali. A chyba nie o tego starostę powinno na dożynkach chodzić.

Potem na scenie pojawili się goście z Wielkiej Ameryki, znaczy polityki. Poseł Cezary Grabarczyk z Platformy Obywatelskiej jak na dobrego wuja Sama przystało przywiózł wór pełen ciepłych słów pod adresem gminnej i powiatowej władzy. Na scenie pojawił się także John Wayne niedawnego wymiaru sprawiedliwości – Krzysztof Kwiatkowski, obecny prezes Najwyższej Izby Kontroli, oskarżony o nadużycie władzy przy obsadzaniu stanowisk, tzn. ustawianie konkursów na wolne etaty w NIK. Rzucając kilka słów niczym ziarno na jałową glebę, dał on do zrozumienia, na kogo koluszkowianie powinni głosować w najbliższych wyborach.

Po części oficjalnej nastąpiła część artystyczna. Rozbłysnęły największe gwiazdy disco polo w Polsce. Czy Czadomen dał czadu, można by polemizować. Za to jego tancerki jakby żywcem wyjęte z nowojorskiego Broadway’u rozpalały zmysły nawet lokalnej władzy. Na zakończenie pojawił się prawdziwy chłop z Mazur. Frontmen zespołu Boys Marcin Miller wraz z kolegami dał koncert, na którym bawiło się najwięcej osób.

A gdzie w tym wszystkim, jak przystało na dożynki, główni zainteresowani? Są gdzieś z tyłu, gdzieś z boku. Grupa lokalnych farmerów stanęła za amfiteatrem z dość posępnymi minami. Bo niby to święto plonów, ale w tym roku nie ma co świętować. Tegoroczna susza dała się im we znaki. Jakby tego było mało, nie wiadomo, czy trafią do nich pieniądze obiecane przez rząd, ponieważ koluszkowscy urzędnicy narobili bałaganu z protokołami dotyczącymi strat, które są podstawą do wypłaty odszkodowań. Co gorsza, to już drugi rok z rzędu, kiedy stracili część swoich zbiorów. Ubiegłoroczny grad tuż przed żniwami zniweczył trud ich pracy. A i wtedy urzędnicy z koluszkowskiego magistratu się nie popisali, ponieważ uważali, że nic się nie stało. Nawet nie potrafili zwołać komisji szacującej straty.

– Nikt się z nami nie liczy. Padł nawet nasz ostatni bastion, nasza ostoja w samorządzie. On już nie jest nasz – wzdychali farmerzy. Mowa tu o Sławku, bo dla nich to zwyczajnie Sławek, u którego zaopatrywali się w materiał siewny, aby obsiać swoje pola, a w przyszłym roku wypiec z niego dożynkowy bochen chleba.

– My nie chcemy tego  Hollywoodu. Nie potrzebujemy takich dożynek. Zamiast rozświetlonych ulic w naszych sołectwach przypominających nocą Las Vegas wolelibyśmy szacunku do naszej pracy. A oni co? Napiszą w tej ich gazecie, że chłop obornik na pole wywiózł i śmierdzi tym miastowym albo że kombajnem jeden i drugim kosi i kurzy, a oni wyszli się opalać – ubolewali farmerzy.

– E tam, szkoda gadać, idziemy do domu – zakończył najstarszy z nich.

Marcin Szadkowski